PRO 49

Początek          Wstęp          Poezja          Proza          Brudnopisy          Poeci          Goście          Koniec

Trauma - noc           Granica           miasto - sen           Jefranda           Dodo
Bukareszt           Afekt           Darwin           Dworce           Czerwona Isabella
Czerwona Isabella
Pod jesień chłodniejsze wieją wiatry,
barwi się jeszcze liść nieopadły
od zieleni przez czerwień do żółtości ostatniej.

Wieje od naszych jesiennych, tak dawno boleśnie znanych [...]
[Iłłakowiczówna]


To był bardzo spokojny dzień - pomost na mazurach, kijanki, słońce, zgrzana tafla wody. Później w jej życiu już nigdy nie było takiego dnia, powoli, systematycznie ubywała, aby w końcu stać się drzewem, liściem, samotnym atomem na drodze. Być tym, kim nie jest.

Spotkałem ją tylko raz, przy polnej drodze, siedziała pod drzewem, nie zatrzymałem się, nie powiedziałem nic. Chociaż pozostała, miała dla mnie na zawsze minąć i zniknąć, już nigdy się nie spotkamy, to oczywiste, chociaż będziesz tam na zawsze, na zawsze będą droga i to drzewo, labirynty naszych miłości.

Sen był dużo wcześniej, tekturowe domy, korytarze, zakurzone placyki. Nie była ładna, rozmawialiśmy, ona jedyna miała nigdy nie minąć, nigdy nie minęła, chociaż nigdy nie przyszła.

Spokojnie. Przymiotnik melancholijny ma dziś w sobie coś z romantyczności, słodka mgła. Ten lekki wyraz określał dawniej agonalny stan ducha, współczesnie nazywany chorobą afektywną czyli brakiem. Gdyby ona przyszła, powiedziałaby mu - nigdy mnie nie zrozumiesz, to nie jest smutek, to zgubna pewność, że nie ma nic. Gdyby ją bolało (bolało), byłby przy niej w szpitalu i został świadkiem jej oddalenia.

Jestem tylko śniegiem na jej policzku, ostatnim dniem lata, jej kawą w termosie, poruszeniem. Białe tabletki w kształcie cygara przyjmuje na dzień, duże czerwone tabletki popija wodą wieczorami. Ośrodkowy układ nerwowy zaczyna wykazywać oznaki uszkodzenia, skala Becka przekracza czterdzieści punktów. Obojętność, anhedonia, głęboka depresja.

Odwróciła się do mnie i uśmiechnęła. Wyjęła z torebki czerwone perfumy Isabella Rossellini i powiedziała, że tak pachnie szczęście, i że nigdy nie należy płakać, wzrok trzeba mieć jasny i żywy. W jej głosie była rozpaczliwa nadzieja. -- Ale ja już nie umiałem rozmawiać i zostawiłem ją. Jej cierpienie było za duże, żebym mógł zostać. Bardzo nieuczciwa wymówka. Odszedłem, i ona odeszła po cichu; jak kolorowy motyl, któremu dziecko wyrywa skrzydła.

Powiedziała kiedyś: miłością wieczną kochamy tylko rzeczy kruche i niestałe. Czasami powracam do tych słów. I nie chcę wiedzieć, co znaczą.

wrzesień 2004

do góry