Ciekawość życia była przytłaczająca. Jeszcze neony szkliły oczy, jeszcze pył na latarniach brudził światło. Rozumiesz mnie? - w głęboką noc... w głęboką noc; przybieramy postać wilkołaka. Nocne autobusy jeżdżą bez celu, jest coraz zimniej, tak bardzo zimno. Pijemy gdzieś, nie wiem gdzie, piwo z butelki. Cieplej. Nasze oczy migocą, neony szklą noc. - Po co jesteśmy? Dlaczego taki wielki smutek żłobi naszą skórę, co? Deszcz i łzy jak cyklon spływają po policzku przeoranym przez smutek i estazolam. Pamiętasz noce w Bukareszcie? Bukareszt bólu. Od zęba do duszy ból jest faktyczny. Szliśmy wybrakowanymi ulicami, chowaliśmy się w bramach przed deszczem. Aż deszcz zatopił całe miasto... To było w październiku 1991 roku, jedenaście lat temu. Dokładnie w tym czasie przeprowadzono nieudane próby z nowym lekiem w szpitalu na Eminescu. W krótkim czasie samobójstwo popełniło kilku pacjentów. Wśród komisji badającej zajście nie wzbudziła podejrzeń biotyna (nazwa witaminy, pod którą zakamuflowano fatalny lek), a ciężka depresja w placówce psychiatrycznej, i związane z nią samobójstwa, nie była znowu niczym niezwykłym. A my wróciliśmy do Warszawy, w której kiełkował kapitalizm. Lampki na choinkach w święta roku 91. były jakby kolorowsze. I on mówił do mnie wtedy tak: - Zmień mnie, jak w probówce kwas. Zamknij moje oczy pełne gwiazd tęsknoty i obudź - po wszystkim. Chce podnieść policzek z czyichś ciepłych, chropowatych palców - widzieć inaczej. Niech to będzie chociażby oddalenie - od siebie. I usnął. Spotkałem go po kilku latach na ulicy Rzymowskiego. Szedł chodnikiem wzdłuż torów tramwajowych, miał posklejane włosy, patrzył w ziemię. Powiedział do mnie tak: - Dzisiaj, po tylu latach, jeszcze się wstydzę tego, co robiliśmy w Bukareszcie. Ilu ludzi my wtedy skrzywdziliśmy, nie da się ich nigdy przeprosić... Ta krzywda jest materialna, a popatrz na te budynki, drzewa, na te tramwaje, to wszystko jest... kurz. - I ty jesteś kurz? Przecież myślisz o nich, nie zapomniałeś. - I co z tego?... Całe życie będziemy próbować to wszystko nagiąć pod misterną logikę usprawiedliwienia? Wiesz, jak i ja, że to nie tak. Ty dobrze wiesz. Później spotkałem go tylko raz. Pracował w ASMIE - firmie sprzątającej miasto. W żółtym kombinezonie grabił liście i zbierał śmieci. Ucieszyłem się, bo wiedziałem, że w końcu robi coś, czego nie musi się wstydzić. Na jego twarzy był spokój, którego nigdy nie było. To była jesień, ale chłód dawał się już we znaki, wkrótce miały spaść pierwsze śniegi.
|