PRO 49

Początek          Wstęp          Poezja          Proza          Brudnopisy          Poeci          Goście          Koniec

Trauma - noc           Granica           miasto - sen           Jefranda           Dodo
Bukareszt           Afekt           Darwin           Dworce           Czerwona Isabella
Afekt
       To nie było tak, że nie chcieliśmy, ale brakowało nam czegoś. Zawsze idąc zwracaliśmy spojrzenie na ścieżkę przedeptaną, która niknęła pod nogami i z tym wzrokiem w dół skierowanym nie widzieliśmy różowego nieba, ani jutrzenki, ani nadziei. Każdy z nas miał jakieś defekty, utajone, albo nieutajone przeżycia, co akurat i tak nie miało większego znaczenia. Byliśmy otwarci, opowiadaliśmy nawet z pewnym namaszczeniem jak cierpimy i jaka ciężka jest nasza egzystencja. Nie chodziło tu o codzienne doły, ale o długie depresje, depresje bez końca i bez początku. Kiedy było lepiej i spojrzeć mogliśmy za siebie, nie potrafiliśmy nigdy stwierdzić, kiedy to się zaczęło i co było przedtem. Nasze mózgi pracowały na wyjałowionych obrotach, w kartach szpitalnych nazywali to różnie: spowolnieniem psychoruchowym, matowym nastrojem. Białe szpitale, oddziały bez klamek w drzwiach, one uczyły nas kochać depresję cięższą niż mgła.
       Powiem wam czego nam naprawdę brakowało: brakowało sprawiedliwości. Chcieliśmy po prostu chwili spokoju, żeby móc zakotwiczyć nasze małe łódeczki w bezwietrznej przystani. Szukaliśmy sprawiedliwości, ale tam gdzie ją dostrzegaliśmy, dostrzegaliśmy też chaos, pokoje bez ścian. A żagle na wietrze się pruły, serca pękały. Wymyśliliśmy więc miłość, która miała nas zbawić od wszelkiego zła. Lecz miłość nie przystawała do ogromu cierpienia, była z zupełnie innej bajki. Powtarzaliśmy: Ja kocham Ciebie, Ty kochasz mnie... Ja kocham Ciebie, Ty kochasz mnie... Zamiast nas kochały się słowa.
       Byliśmy pewnie źli, więc było karą to, co nas spotkało. Każdy chodził z przeświadczeniem winy i pokutował w ciszy. Płakaliśmy rzadko, to nie była nagła udręka, która wywołuje łzy, ale wielki balon rosnący do bólu. Czasami kłamaliśmy, ale mimo wszystko każdy z nas starał się być szczery dopóki, dopóty pojęcia nie zamazywały się przed oczyma. Nie chodzi o to, że nie odróżnialiśmy wtedy dobra od zła, po prostu nie widzieliśmy dobra żyjąc w świecie stagnacji i niepokoju.
       Po co piszę w liczbie mnogiej? Nie wiem po co, może tak po prostu jest łatwiej i bezpieczniej. Piszę tak o wielu, więc nie piszę do końca o nikim. Ale piszę do Ciebie i Ty, który to czytasz, możesz zobaczyć mnie. Poczuć się jak ja teraz, kiedy siedzę w środku nocy przed biurkiem i nie układam liter z przyjemności, ani z powołania, ani z potrzeby, a tylko dlatego, że nie mogę spać. Są tysiące takich, którzy na dnie piekła szukają jaśniejącej gwiazdy. Jeżeli zrozumiesz, że Twoje życie jest lepsze, a koszmary są tylko naszym udziałem poczujesz się lepiej. I tak, i tak...

do góry