To nie było tak, że nie chcieliśmy, ale brakowało nam czegoś. Zawsze idąc zwracaliśmy spojrzenie na ścieżkę przedeptaną, która niknęła pod nogami i z tym wzrokiem w dół skierowanym nie widzieliśmy różowego nieba, ani jutrzenki, ani nadziei. Każdy z nas miał jakieś defekty, utajone, albo nieutajone przeżycia, co akurat i tak nie miało większego znaczenia. Byliśmy otwarci, opowiadaliśmy nawet z pewnym namaszczeniem jak cierpimy i jaka ciężka jest nasza egzystencja. Nie chodziło tu o codzienne doły, ale o długie depresje, depresje bez końca i bez początku. Kiedy było lepiej i spojrzeć mogliśmy za siebie, nie potrafiliśmy nigdy stwierdzić, kiedy to się zaczęło i co było przedtem. Nasze mózgi pracowały na wyjałowionych obrotach, w kartach szpitalnych nazywali to różnie: spowolnieniem psychoruchowym, matowym nastrojem. Białe szpitale, oddziały bez klamek w drzwiach, one uczyły nas kochać depresję cięższą niż mgła. Powiem wam czego nam naprawdę brakowało: brakowało sprawiedliwości. Chcieliśmy po prostu chwili spokoju, żeby móc zakotwiczyć nasze małe łódeczki w bezwietrznej przystani. Szukaliśmy sprawiedliwości, ale tam gdzie ją dostrzegaliśmy, dostrzegaliśmy też chaos, pokoje bez ścian. A żagle na wietrze się pruły, serca pękały. Wymyśliliśmy więc miłość, która miała nas zbawić od wszelkiego zła. Lecz miłość nie przystawała do ogromu cierpienia, była z zupełnie innej bajki. Powtarzaliśmy: Ja kocham Ciebie, Ty kochasz mnie... Ja kocham Ciebie, Ty kochasz mnie... Zamiast nas kochały się słowa. Byliśmy pewnie źli, więc było karą to, co nas spotkało. Każdy chodził z przeświadczeniem winy i pokutował w ciszy. Płakaliśmy rzadko, to nie była nagła udręka, która wywołuje łzy, ale wielki balon rosnący do bólu. Czasami kłamaliśmy, ale mimo wszystko każdy z nas starał się być szczery dopóki, dopóty pojęcia nie zamazywały się przed oczyma. Nie chodzi o to, że nie odróżnialiśmy wtedy dobra od zła, po prostu nie widzieliśmy dobra żyjąc w świecie stagnacji i niepokoju. Po co piszę w liczbie mnogiej? Nie wiem po co, może tak po prostu jest łatwiej i bezpieczniej. Piszę tak o wielu, więc nie piszę do końca o nikim. Ale piszę do Ciebie i Ty, który to czytasz, możesz zobaczyć mnie. Poczuć się jak ja teraz, kiedy siedzę w środku nocy przed biurkiem i nie układam liter z przyjemności, ani z powołania, ani z potrzeby, a tylko dlatego, że nie mogę spać. Są tysiące takich, którzy na dnie piekła szukają jaśniejącej gwiazdy. Jeżeli zrozumiesz, że Twoje życie jest lepsze, a koszmary są tylko naszym udziałem poczujesz się lepiej. I tak, i tak...
|