|
|
herbata
|
|
gdy już utopię granulki twego ciała w herbacie i z namaszczeniem wycisnę cytrynę o ściankę będę bardziej wyzwolony niż przedtem będę trzeźwy i wyraźny - wstaje miasto Warszawa szary świata świt odbity w szybach tramwai
wiem że czekasz oddalona o wiele przystanków w sukience wiosną i spalinami pachnącej i nic prócz czekania nie przybliża nas i nic nie boli bardziej niż świt perspektywa godzin
w których depresja wyciągnie się w oczach a prócz herbaty i fantomów wspomnień nie będzie wiele - żadnego czekania żadnej sukienki w naszym pustym świecie dekonstrukcji
|
|
|
|
peryferie
|
|
drogi wiodą przez obwód spotykamy się nikt nie zna nikogo więc nikt nie jest obcy rozumiemy się jak nikt nigdy dotąd nie rozumiał nikogo nie możesz zadać mi ból lecz wtedy odtrącę cię wymażę cię
nasza samotność to jest spokój maszyn więc stój przy mnie daleko i bądź spokojna że nic się nie stanie
nic się nie stanie chyba że pewnej samotnej nocy gdzieś w elektrowni na peryferiach zgaśnie światełko zasilania
|
|
|
|
wte i wewte
|
|
jest zmierzch trójkątny i zły jak ciche szemranie szerszeni nam w tych chwilach zabawnych nie pozostało nic ponad piramidalne głupstwa kartki zapisane szyfrem puste peryskopowe wieczory i gdybym nawet nagle był prawdziwy bliższy niż te rozstaje drzewa krajobrazy uchwycone w klatkach aparatu nie będę przecież ani o centymetr bliżej gdybym nawet nagle miał usnąć jak opuszczony pomnik po którym chodzą mrówki wte i wewte wte i wewte
|
|
|
|
schz
|
|
na pierwszy plan wysuwają się rozpad i otępienie lub jedno z nich
ach nasze ciche latawce wiatru powietrze struny pęka jak aorta krew krajobrazu burza pod dnem nieba kiedyś byłaś inna, pamiętasz?
są one zejściowymi postaciami dwóch osiowych objawów rozszczepienia i autyzmu
jak białe korytarze ciasne tunele tlenu automat na kawę kubeczek kawa jesteśmy uśmiechnięci nie wiemy jeszcze że czarne fusy wróżą piekło
dochodzi prawdopodobnie do wyczerpania się centralnej części łuku odruchowego
maleńkie ruchy i maleńka śmierć malenkie myśli w maleńkiej główce odpowiedzią na pustkę jest śmierć odpowiedzią na życie jest grzech
świat staje się szary i pusty. Czas rozpływa się
ból płynie stojącą rzeką strachu lipcowe kwiatki abnegacji krajobraz podarta dekoracja ty nie skleisz już tych drzew.
i ja też nie.
|
|
|
|
formuły liturgiczne
|
|
twarz często atakowała język formuł liturgicznych
po skórze płynęły głębokie rzeki ptaków krzycząc że niebo jest wolne puste
formuł liturgicznych naszej skóry nie ma i nie będzie będą małe pajączki pokory pączkujące o świcie gasnące o poranku
i wtedy ty podejdziesz tak do mnie że przenikniesz mnie
|
|
|
|
Alkmena
|
|
Kochamy się tylko w powłoce cielesnej i kruchej, tak pokochała Alkmena Zeusa. Wystarczy przybrać dłonie twoich marzeń, zmarszczki twoich oczu rozlane po twarzy. Kochamy się tylko w powłoce cielesnej i kruchej.
Ty w końcu odchodzisz od niej, to opuszczenie to jest nowy oddech, jasny wgląd w świata ruchome obrazki, ale -
Alkmena zostaje sama. Tak sama jak pamięć Homera. Jest dzień, szara mgła, pokoik w bloku. Popija colę przed telewizorem,
jej dni są bardzo długie i puste lecz jej noce są dużo dłuższe.
|
|
|
|
samotnie, zimno
|
|
będę chodził po piasku samotnym i zimnym miną mnie fale i pani z pieskiem na smyczy miną mnie ludzie i marzenia dziecinne i ty mnie miniesz i ty mnie miniesz
wiesz - czekałem na dni pełne spokoju w których słowa padałyby celniej można by nazwać wszystko po imieniu być bliżej siebie czuć się bezpiecznie
a teraz uciekam szybszy niż światło piach przesypuje samotne źrenice wśród jego szumu widać że
ostatni sen jest kognitywnym fałszem łąka nie jest niebieska a pola nie są jasne rozpadasz się jak pusty elektron zapalasz się i gaśniesz na zawsze
a na brzegu jest piasek ten sam samotny i zimny są fale pieski chodzą na smyczy morze szumi swoją piosenkę bezdomną ludzie bardzo serdecznie milczą ze sobą
|
|
|
do góry
| |