|
Światło przybierało na sile, płonęło pełnym blaskiem, przygasało, a potem przez okno wchodziły gwiazdy i księżyc. A potem znów wstawał świt. On czasem przestawał mówić i z szafy w ścianie wyciągał chleb, którym się dzieliliśmy. Ten chleb miał naprawdę smak chleba. Nigdy już później nie odczuwałam tego smaku. Nalewał mnie i sobie wino, które miało smak słońca i ziemi, na której zbudowano to miasto. Czasem wyciągaliśmy się na podłodze poddasza i spływała na mnie słodycz snu. Potem budziłam się i piłam światło słońca. Obiecał mnie nauczać, ale nie uczył mnie niczego. Rozmawialiśmy o przeróżnych rzeczach, o tym i owym, jak starzy przyjaciele. Pewnego dnia powiedział mi: "A teraz idź już". Upadłam na kolana, objęłam jego nogi, błagałam, aby mnie nie wypędzał. Ale on mnie wyrzucił na schody. Zeszłam na dół jak nieprzytomna, serce mi się rozdzierało. Szłam ulicami. Potem spostrzegłam, że zupełnie nie wiem, który to był dom. Nigdy nie próbowałam go odnaleźć. Zrozumiałam, że on przyszedł po mnie przez omyłkę. Moje miejsce nie jest na tym poddaszu. Gdziekolwiek bądź: w celi więziennej, w którymś z tych mieszczańskich salonów pełnych bibelotów i czerwonego pluszu, w dworcowej poczekalni. Gdziekolwiek, ale nie na tym poddaszu. Czasem nie mogę się powstrzymać, aby z lękiem i wyrzutami sumienia nie powtarzać sobie po trochu tego, co mi powiedział. Ale jak się przekonać, czy pamiętam wszystko dokładnie? On mi nie powie, nie ma go. Wiem dobrze, że on mnie nie kocha. Jakżeby mógł mnie kochać? A przecież jest we mnie coś, jakaś odrobina mnie samej, która w głębi duszy, drżąc z lęku, nie może się obronić myśli, że może, pomimo wszystko, on mnie kocha. Przełożyła
Aleksandra Olędzka-Frybesowa |