PRO 49

Początek          Wstęp          Poezja          Proza          Brudnopisy          Poeci          Goście          Koniec

Miłosz           Iwaszkiewicz           Lipska           Podsiadło           M. Jastrun
Herbert           Bursa           Baudelaire           Kochanowski           Weil
Apollinaire           Tuwim           Świrszczyńska           Piwkowska


Charles Baudelaire

Odwracalność

Aniele pełen chwały, czy możesz znać ten lęk,
Winę, wstyd, płacz, umieranie,
Niejasny koszmar tych okrutnych nocy
Które ściskają serce tak jak mnie się papier?
Aniele pełen chwały, czy możesz znać ten lęk?

Aniele pełen dobra, czy wiesz czym jest nienawiść,
Pięść wbita w ciemność albo łzy goryczy,
Gdy zemsta gra swoje wezwanie z piekła
I naszym władcą staje się możliwość siły?
Aniele pełen dobra, czy wiesz czym jest nienawiść?

Aniele pełen zdrowia, czy wiesz co to być chorym,
I wzdłuż wysokich murów bladego hospicjum
Wlec się, jak wygnańcy, ciągnąc stopy,
Szukając ustami szybko znikającego słońca,
Aniele pełen zdrowia, czy wiesz co to być chorym?

Aniele pełen piękna, czy już poznałeś starość,
Strach starzenia się i nieznośny zamęt
Czytania tajemnic skrytego poświęcenia
W oczach, z których moje się nie wycofały?
Aniele pełen piękna, czy już poznałeś starość?

Aniele pełen szczęścia, światła i radości,
Umierający Dawid będzie prosił o zdrowie
Płynące z twojej pełnej cudów obecności;
Ja o nic nie proszę, aniele, oprócz twoich modlitw,
Aniele pełen szczęścia, światła i radości.

                                         tłum. Maciej Niemiec





Charles Baudelaire

Padlina

Przypomnij sobie, cośmy widzieli, jedyna,
      W ten letni tak piękny poranek:
U zakrętu leżała plugawa padlina
      Na ścieżce żwirem zasianej.

Z nogami zadartymi lubieżnej kobiety,
      Parując i siejąc trucizny,
Niedbała i cyniczna otwarła sekrety
      Brzucha pełnego zgnilizny.

Słońce prażąc to ścierwo jarzyło się w górze,
      Jakby rozłożyć pragnęło
I oddać wielokrotnie potężnej Naturze
      Złączone z nią niegdyś dzieło.

Błękit oglądał szkielet przepysznej budowy,
      Co w kwiat rozkwitał jaskrawy,
Smród zgnilizny tak mocno uderzał do głowy
      Żeś omal nie padła na trawy.

Brzęczała na tym zgniłym brzuchu much orkiestra
      I z wnętrza larw czarne zastępy
Wypełzały ściekając z wolna jak ciecz gęsta
      Na te rojące się strzępy.

Wszystko się zapadało, jarzyło, wzbijało,
      Jak fala się wznosiło,
Rzekłbyś, wzdęte niepewnym odetchnieniem ciało
      Samo się w sobie mnożyło.

Czerwie biegły za obcym im brzmieniem muzycznym
      Jak wiatr i woda bieżąca
Lub ziarno, które wiejacz swym ruchem rytmicznym
      W opałce obraca i wstrząsa.

Forma świata stawała się nierzeczywista
      Jak szkic, co przestał nęcić
Na płótnie zapomnianym i który artysta
      Kończy już tylko z pamięci.

A za skałami niespokojnie i z ostrożna
      Pies śledził nas z błyskiem w oku
Czatując na tę chwilę, kiedy będzie można
      Wyszarpać ochłap z zewłoku.

A jednak upodobnisz się do tego błota,
      Co tchem zaraźliwym zieje,
Gwiazdo mych oczu, słońce mojego żywota,
      Pasjo moja i mój aniele!

Tak! Taką będziesz kiedyś, o wdzięków królowo,
      Po sakramentach ostatnich,
Gdy zejdziesz pod ziół żyznych urodę kwietniową,
      By gnić wśród kości bratnich.

Wtedy czerwiowi, który cię będzie beztrosko
      Toczył w mogilnej ciemności,
Powiedz, żem ja zachował formę i treść boską
      Mojej zetlałej miłości!

                                         tłum. Mieczysław Jastrun


do góry