PRO 49

Początek          Wstęp          Poezja          Proza          Brudnopisy          Poeci          Goście          Koniec

Słowa           Wszechświat           Erty           Czarnobyl
Słowa
Ktoś, kiedyś powiedział mi, że zawsze mówi prawdę. Najprawdopodobniej się mylił. Słowa nie są arbitralne i nie możemy dzięki nim przekazać tego, czego naprawdę chcemy. Wszyscy żyjemy w świeci iluzji (wśród których internet wydaje się być najsilniejszą). Słowa nie znaczą absolutnie nic, a poza werbalnym, bądź rzeczywistym kontekstem pozbawione są wszelkiego sensu, zmieniają się i dostosowują swoje znaczenie do naszych potrzeb jednostkowych. Można to nazwać egotyzmem słowa.

Słowo humanizm wywodzi się od łacińskiego humanus, co znaczy "ludzki". W epoce Odrodzenia zaczęto używać tego terminu na określenie prądu umysłowego przeciwstawiającego się teocentrycznej kulturze średniowiecza. Wkrótce potem pojawiło się kolejne znaczenie, które po raz pierwszy wpadło w pułapkę logiczną. Humanistami okrzyknięto znawców kultury antycznej Grecji i Rzymu, tym samym wprowadzając nowe znaczenie i niejako odsuwając innych ludzi od "humanusu". Założono, że osoba nie znająca tych kultur nie jest humanistą, a więc nie jest "ludzka".

W XVIII w. na arenie dziejów pojawił się Jan Jakub Rousseau. To jego Claude Levi-Strauss - antropolog kultury - uważał za twórcę nauk humanistycznych. Oprócz słynnej "Umowy społecznej" Rousseau napisał "Rozprawę o pochodzeniu nierówności między ludźmi", w której dowodził, że żaden człowiek nie może decydować o człowieczeństwie drugiej istoty żyjącej.

Dzisiaj humanistą określa się każdego ucznia liceum, który nie radzi sobie z matematyką, a wypracowania z polskiego pisze na piątki - to bzdura. Jedno słowo, a tyle nieścisłości. Nie jest nawet prawdą, że poloniści są automatycznie humanistami - to oczywiste nadużycie wynikające z nierozumienia terminu.

A więc to nie tak, że słowa odpowiadają faktom. Słowa są kodem deformowalnym, a kiedy kod ulega zmianie nie jest już kodem. Mówimy tak jak chcemy, ale na ogół popełniamy nieświadome błędy, słowami kierują uczucia, a nie fakty (tak naprawdę nie ma nawet faktów w języku, ale o tym potem). Mówisz o kimś, że jest humanistą, bo chcesz mu sprawić przyjemność, chcesz go docenić. Piszesz: Ciebie, Ty, Twoim z wielkich liter jakby podkreślając szczególną więź, która istnieje bardzo rzadko (pisownia zaimków z wielkich liter nie jest wbrew powszechnej opinii regułą ortograficzną, a więc nie chodzi tutaj o "zasadę"). Ty nazwiesz to szacunkiem, ja mogę nazwać egotyzmem słowa. Masz rację - słowami można sprawiać radość, ranić, za pomocą słów można mówić prawdę, można też kłamać. Kiedy mówisz słowa prosto w oczy, twarzą w twarz, mają one kontekst werbalny, który jakoś tam konstytuuje przekaz (dochodzi mimika i rzeczywisty kontakt). W internecie kontekst werbalny nie istnieje. Słowa jak sztuczny miód...

Pochodzenie języka jest tak samo tajemnicze jak pochodzenie Wszechświata. Wielki skok cywilizacyjny następuje około 40 (+-10) tysięcy lat temu. Wtedy to tzw. trzeci szympans pojawia się pośród burzy i mimo swojego cywilizacyjnego nieprzystosowania, uzyskuje dominację nad otaczającym go światem. "I gdzieś na przestrzeni tych zapomnianych przedhistorycznych epok wynaleźli [małpoludy - przyp. mój] narzędzie najważniejsze: nauczyli się mówić i w ten sposób osiągnęli swoje pierwsze zwycięstwo nad Czasem (...) W przeciwieństwie do zwierząt, które znają jedynie teraźniejszość, Człowiek zdobył przeszłość. Zaczął również po omacku szukać przyszłości."

W mieście Uruk położonym w dolinie Eufratu zaczęła się historia. To tam, jakieś 3000-3500 lat p.n.e. pojawiły się pierwsze tabliczki zapisane pismem obrazkowym (piktograficznym). Z czasem piktografię zastąpiło pismo ideograficzne, potem fonetyczne i w końcu alfabetyczne. 22 literowy alfabet fenicki przejęli Grecy, a potem, najprawdopodobniej za pośrednictwem etruskim, trafił on do Rzymian. Najstarszy alfabet łaciński liczył 21 liter (kończył się na X), później dodano jeszcze dwie litery (Y, Z) i w takiej formie alfabet ten stał się podstawą systemów pisma większości nowożytnych języków Europy.

I bynajmniej nie wszyscy byli wniebowzięci nowym wynalazkiem. Sokrates w "Fajdrosie" Platona mówił: "Ten wynalazek liter zasieje zapomnienie w ludzkich duszach. Bo człowiek, który się tego nauczy, przestanie ćwiczyć pamięć, ufając w pismo. Będzie przypominać sobie wszystko z zewnątrz, ze znaków obcych jego istocie, a nie z samego siebie, nie z własnego wnętrza. Nie jest to przecież lekarstwem na pamięć, a chyba podpórką pamięci. Niegdyś ludzie nie byli tacy przemądrzali, jak wy młodzi. W prostocie ducha potrafili zapytać dębu i posłuchać skały, byleby tylko one mówiły prawdę." Konkluzja wywodu jest zaskakująca: zapytać dębu, posłuchać skały - to iście metafizyczne stwierdzenie umrze jednak szybko i zapanuje "idealizm liter", gdzieniegdzie tylko przeplatany kontestacją zastanej rzeczywistości. W XVI wieku Edward de Vere, znany powszechnie jako William Shakespeare włoży w usta swoich bohaterów taki oto dialog:

       Poloniusz     I'll speak to him again.
                         What do you read, my lord?...
       Hamlet       Words, words, words!

I czy znaczą coś te słowa? Czy są tylko pustymi formami, dziurawymi naczyniami dla idei? Czterysta lat później Herbert napisał o Hamlecie, że wierzył w kryształowe pojęcia, a nie glinę ludzką. Być może Herbert się mylił. Words... words... words... dźwięczy w uchach...

Tragedia języka zaczyna się w miejscu, w którym język wkracza na pole metafizyki i próbuje przełamać mury codzienności. Język jest elastyczny, ale nie jest kreacyjny, nie może odpowiedzieć na żadne z pytań dotyczących natury i sensu życia. To jest bolączka filozofii, która próbuje mówić o rzeczach wykraczających "za", a ma ku temu narzędzie śmieszne i zupełnie prymitywne. Dał temu wyraz chyba dopiero Nietzsche: "Zawalają nam drogę słowa, przy każdym poznaniu potykamy się o skamieniałe, przedawnione słowa." Nie można być prawdziwym, gdyż każde wypowiedziane zdanie deformuje rzeczywistość, a deformacja nabiera kształtów katastrofalnych, kiedy mamy do czynienia z pojęciami abstrakcyjnymi takimi jak: bóg, logos, substancja.

I gdyby była substancja, gdyby język był pewną substancją, wtedy mógłby rzeczywiście umożliwić poznanie świata, gdyż byłby obiektywny. Ale niestety, język jest formą, a formę można przybrać w różne szaty, a to już subiektywizm pojęciowy. Każdy więc język jest "wyrazem określonego widzenia i pojmowania świata". Forma dotyczy nie tylko płaszczyzny dźwiękowej, lecz również pojęciowej (i tu jest haczyk). Substancja foniczno-pojęciowa może być ukształtowana w różnych językach w najróżniejszą formę, np. kolory: angielskiemu brown odpowiadają francuskie niesynonimiczne brun i marron, a czasami nawet jaune (zasadniczo określenie żółtego); wyraz pila w języku hindi tłumaczy się na angielski jako yellow, orange, a czasami również brown. A zatem ta sama substancja (widmo barw) została w angielskim, francuskim i hindi odmienni podzielona, nałożono na nią oddzielne formy.

Teraz zaczyna się mecz Panathinaikos - FC Porto, idę oglądać. Być może spodziewałeś się innego zakończenia, ja też.

K o n i e c

do góry